Ważne!WywiadŻyj zdrowo!

Mam to w genach

Karolina ma 36 lat i prawie 2 lata walki z rakiem piersi za sobą. Od zawsze była niesamowicie energiczna, z mocnym charakterem, choć to, co rzucało się wszystkim na pierwszy rzut oka, to uroda. Kaja jest piękną kobietą. Gdy zobaczyłam ją pierwszy raz po chorobie, zaskoczyła mnie burza loków. Etapy jej choroby po cichu śledziłam na profilach społecznościowych. Widziałam ją w perukach, turbanach, widziałam jak świetnie wyglądała z włosami „na jeża”. I choć podczas leczenia poddawała się wielu metamorfozom, choroba nie zmieniła jej temperamentu, energii i pozytywnego nastawienia do życia. Prześladuje ją tylko jeden gen – BRCA1. Jej historia pokazuje, że rak nie ma wieku i może dotknąć każdego.

To był zupełny przypadek. Guza znalazł mój partner. Ja nawet nie wiem, kiedy on się pojawił, bo nie badałam się regularnie. A w sumie powinnam ze względu na historię mojej rodziny…

Bardzo dużo mówi się o tym, że ogromną rolę w badaniu piersi u kobiet mają mężczyźni. Dotykanie kobiecych piersi przez partnera okazuje się być bardziej naturalne i częstsze niż samobadanie piersi przez nas same.

W trakcie choroby poznałam dziewczynę w mediach społecznościowych. Ona bardzo szeroko opisuje swój przypadek – to jak zachorowała, jak przebiegało jej leczenie i jak z niej wyszła. Okazało się, że u niej również mąż wyczuł guza. I wtedy pomyślałam, że to zupełnie tak samo jak ja. Ona miała inny typ nowotworu i to leczenie przebiegało u niej też inaczej. I wtedy zrozumiałam, że to naprawdę ważne, że to nie tylko kobieta powinna się badać, ale również jej partner.

Jak to się zaczęło u Ciebie?

To była końcówka kwietnia 2021 roku. Oglądaliśmy z partnerem film. On mnie po prostu przytulił i po chwili zapytał: „Karolina, co Ty tu masz?”. I faktycznie wtedy sama wyczułam, że mam guza. Pamiętam jego słowa: ”Spokojnie, nie stresuj się, po prostu musisz to zbadać”. No i zbadałam… w lipcu dopiero.

Nowotwór wyszedł od razu na USG?

Na badanie poszłam do lekarza w Żyrardowie. Widziałam obraz piersi na monitorze i to, że nagle lekarz zatrzymał się na jednym fragmencie, więc zapytałam, czy coś jest nie tak. Odpowiedział: „Pani Karolino, są tu przepływy, których nie powinno być, także wskazana jest biopsja”. Bardzo się zdziwiłam, bo na poprzednim badaniu byłam w grudniu 2020 roku i na nim nic nie wyszło. A później wszystko zaczęło się wydłużać, bo był mi polecony lekarz w Skierniewicach, który w tym czasie poszedł na urlop, później się do mnie nie odezwał. To się znowu wydłużyło. Później zadzwoniłam do Centrum Medycznego Enel-Med, miałam konsultację telefoniczną ginekolog, która zapytała, czy ten guz mnie boli. Bolał. Usłyszałam, że rak nie boli, więc znów zostałam zapisana na USG. Okazało się, że zostałam zapisana do lekarza, który nie zajmuje się USG piersi. Ale to właśnie ten lekarz pokierował mnie do świetnego specjalisty, do dr. Aleksandra Grousa, który zrobił mi biopsję, a później zajmował się mną w Instytucie Onkologii. On faktycznie zrobił mi biopsję i powiedział: „Pani Karolino, dobrze, że pani do mnie przyjechała, bo ten guz to jakieś stare zwapnienie. On był wcześniej i po prostu się aktywował. Za dwa tygodnie będą wyniki”. Równe dwa tygodnie później zadzwonili. Telefon dostałam jak byłam w pracy. Pamiętam, że rozmawiałam wtedy z moją kierowniczką. Pierwsza zapytała, czy mam już wyniki. Jeszcze wtedy nic nie wiedziałam, ale w tym momencie zadzwonił telefon. Usłyszałam: „Pani Karolino, mamy już wyniki biopsji. Musieliśmy zrobić jeszcze badanie na receptory”. Wtedy zapaliła mi się lampka. Wiedziałam, że coś musi być nie tak. Wróciłam na rozmowę z kierowniczką, która też jest moją kumpelą z pracy i powiedziałam jej, że czuję, że jest źle. Od razu kazała mi jechać i dowiedzieć, co się dzieje. Jak pojechałam, zostałam skierowana do lekarza, który miał już moje wyniki. Przyjął mnie między pacjentkami, żebym nie musiała czekać. Usłyszałam: „Pani Karolino, niestety nie mam dobrych wiadomości. To nowotwór złośliwy”. I nagle świat mi się zatrzymał. Ja widziałam, że  on jeszcze coś mówił, ale do mnie już nic nie docierało. Pamiętam jeszcze tylko, że powiedział: „Najbardziej martwi mnie to, co widzę na tej kartce”. Po krótce jeszcze mi powiedział, jak będzie wyglądało leczenie i na tym skończyła się wizyta.

Co zrobiłaś po wyjściu z gabinetu?

Zanim dojechałam na tę wizytę, zadzwoniłam do mamy i sióstr i powiedziałam, że są wyniki. Siostry od razu powiedziały, że po mnie jadą. Po wyjściu z gabinetu zadzwoniłam do mamy i powiedziałam, że jest źle, że mam nowotwór złośliwy potrójnie ujemny. Z takim nowotworem jest tak, że on bardzo szybko rośnie i jest bardzo złośliwy. Szczęśliwie dobrze na niego działa chemioterapia. Później zadzwoniłam do sióstr. Pamiętam, że płakałam i krzyczałam na zmianę. Byłam w strasznym szoku. One chwilę później po mnie przyjechały. Wyszły z samochodu i tak stałyśmy pod tą przychodnią 20 minut. Stałyśmy i wyłyśmy w niebogłosy jedna przez drugą. Cały czas zadawałam sobie pytania: „Jak to jest możliwe? Dlaczego ja i czemu właśnie teraz?”. Gdy wróciłyśmy do Żyrardowa, czekali już na mnie rodzice i najmłodsza siostra. Usiedliśmy wszyscy razem i zaczęliśmy się zastanawiać co dalej. Później mama wzięła moje dokumenty i pojechała na konsultację do ginekolog-onkolog, która potwierdziła wszystko to, co już usłyszałam. Dostała też radę, żebyśmy się od razu kierowali do Instytutu Onkologii, bo tam są super specjaliści i mają najlepszy sprzęt. Pamiętam jeszcze słowa taty, który powiedział wtedy: „Kaja, gdybym mógł, to zabrałbym od Ciebie tę chorobę”. I ja mu wtedy powiedziałam: „Nie mówi tak! Ty masz być zdrowy. Widocznie ja miałam zachorować i ja mam się z nim zmierzyć, bo ten nowotwór trafił na twardą babkę i ja sobie z tym poradzę. On ze mną nie wygra”.

Jak zareagował Twój partner?

Przyjechał po mnie do rodziców, gdy tylko skończył pracę. Długo do niego nie dzwoniłam, bo nawet nie wiedziałam, co ja mam mu powiedzieć. My tak naprawdę dopiero zaczęliśmy się spotykać. Znaliśmy się długo. W styczniu wróciłam do Żyrardowa, po tym jak zamknęłam pewien rozdział w życiu. Wróciłam z nastawieniem, że to jest mój czas i że zacznę wszystko od nowa. I po tych kilku wspólnych miesiącach nagle miał przy sobie chorą kobietę. To było dla mnie straszne. Jak tylko mnie zobaczył, mocno mnie przytulił i tak staliśmy zanim wróciliśmy do domu. Tuż po wejściu od razu zaczął wyszukiwać informacji na temat nowotworu. Szukał książek, specjalnych diet. Moje siostry zrobiły zresztą to samo. Wszyscy zgodnie stwierdzili, że muszę teraz przejść na dietę. Zdecydowali, że to będzie dieta keto. Najpierw się w to zafiksowałam, a później stwierdziłam, że nie dam rady, bo ja uwielbiam jeść, uwielbiam słodycze. Ale to było niesamowite, jak bardzo oni mnie wspierali. Bez nich nie dałabym rady.

Co było w tym wszystkim najtrudniejsze?

Może to będzie dla wielu niezrozumiałe, ale… utrata włosów. Pamiętam, jak w 2020 roku stanęłam przed lustrem i… nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale pomyślałam: „Obym ich tylko nigdy nie straciła”. I teraz już wiem, żeby nigdy nie mówić nigdy. Kiedy pojechałam na wizytę do mojego lekarza, on przedstawił mi cały plan leczenia. Będzie chemioterapia składająca się z 16 wlewów. A ja zadałam jedno pytanie: „Panie doktorze, czy ja stracę te włosy?”. Na czerwonej chemii kobieta niestety traci włosy. I znów wpadłam w amok. Już do mnie nic nie docierało. Pamiętam, że wyszłam z gabinetu. Z lekarzem została moja mama, a ona zapytała tylko, czy ja z tego wyjdę. I ten lekarz powiedział, że tak. Mama powiedziała mi o tym dużo później.

Ja po wyjściu z gabinetu usiadłam z siostrą i znów zaczęłam strasznie płakać. Przez włosy. Włosy, o które w poprzednich latach bardzo dbałam i które dodawały mi pewności siebie. W końcu miałam długość włosów, o której zawsze marzyłam. Moje siostry zawsze miały długie włosy, łącznie z mamą, a ja nigdy nie potrafiłam wytrzymać, żeby je zapuścić. W końcu mi się udało. Dopiero później wytłumaczyłam sobie, że pewnie udało mi się przed chorobą, żebym miała okazję się nimi nacieszyć. Ale ten moment w Instytucie był dla mnie kryzysowy. Pomyślałam jednak, że nie będę z tym walczyć, bo nic z tym nie zrobię. Taka jest ta choroba. Zabiera kobietom włosy, brwi, rzęsy. Odbiera kobiecość. I znów pomyślałam o moim partnerze, że będzie miał kobietę, która za chwilę straci swoją kobiecość. Nie będzie atrakcyjna.

Kiedy straciłaś włosy?

Wszystko zadziało się książkowo. Przy drugim wlewie na czerwonej chemii te włosy wypadają. Pamiętam, że jak wróciłam z tej drugiej chemii. Następnego dnia rano włosy spięłam w kucyk. Gumka do włosów cały czas mi się zsuwała i bardzo bolała mnie głowa, bo włosy wypadają razem z cebulkami. One po prostu zaczęły lecieć. Już wcześniej obcięłam je do szyi. Tak poradziła mi znajoma z Instagrama. Powiedziała, że wypadanie krótkich włosów psychicznie znosi się lepiej. Gdy przyjechał do mnie mój znajomy fryzjer, by mi te włosy obciąć, powiedział, żebym zadzwoniła do niego, kiedy będę gotowa, żeby obciąć się na łyso. Nie wyobrażałam sobie wtedy, żeby to zrobił mój partner, choć on cały czas powtarzał, że to właśnie on mnie obetnie. Kiedy przyszedł ten moment, gdy włosy zaczęły mi wypadać, on sam powiedział, że bierzemy maszynkę. Bardzo się zapierałam. Bardzo nie chciałam, żeby mój mężczyzna widział mnie łysą. On dla odmiany powiedział, że nie ma takiej opcji, żeby zrobił to ktokolwiek inny. I wiesz, zrobił to naprawdę fajnie. Z tego golenia głowy mamy cała sesję. On zrobił mi każdą jedną fryzurę. Naprawdę podszedł do tego świetnie. Przy tym goleniu głowy miałam jeszcze jedno zmartwienie, choć komu bym tego nie mówiła, wszyscy się ze mnie śmieją. Bałam się, że moja głowa okaże się bezkształtna, płaska. Ale po tym cięciu okazało się, że z tą łysa głową nie jest tak źle, jak mi się wydawało. Żeby się z tym oswoić, a jednocześnie podzielić tym, co się stało z moją rodziną i znajomymi, wysłałam im zdjęcia. Tę całą sesję, którą zrobiliśmy podczas golenia głowy. Te wszystkie fryzury. I oni też stwierdzili, że ta fryzura mi pasuje. W tamtym momencie się chyba z tym pogodziłam, choć postanowiłam też, że muszę mieć perukę. Moje siostry w tajemnicy kupiły mi tę perukę. Piękną! Długie włosy, naturalne. Prawie takie jak miałam.

Czy nie jest też tak, że gdy zakładasz turban ludzie nie pytają? Nie padają wtedy pytania: „Dobrze się czujesz? Jesteś chora?”. Turban chyba jest pewnego rodzaju zabezpieczeniem przed oceną innych, ale też dodaje siły osobie chorej.

Tak, dzięki temu turbanowi bardziej utożsamiałam się z chorobą. Doceniłam też możliwość zmiany. Jednego dnia mogłam wyjść w samym turbanie, innego dnia mogłam założyć perukę. Takie eksperymenty z wyglądem mi pomagały. I tu znów przypomina mi się, jak powiedziałam mojemu partnerowi, że nigdy nie zobaczy mnie łysej. Zobaczył mnie jako pierwszy, a później zabronił zakładać peruki w domu, żeby odciążyć głowę, żeby oddychała. Niesamowite było dla mnie to, jak bardzo komfortowo się przy nim czułam.

Poza włosami na głowie straciłaś brwi, rzęsy. Jak z tym sobie radziłaś?

Brwi i rzęsy traci się na białej chemii, na czerwonej włosy. Ja miałam obie. Na początku postanowiłam sobie, że do Instytutu nigdy nie pojadę nieumalowana. Nie pozwolę sobie na to, by się poddać psychicznie. I kiedy wiedziałam, że wypadną mi włosy, zadzwoniłam do mojej zaprzyjaźnionej kosmetyczki i poprosiłam, żeby zrobiła mi brwi permanentne. To naprawdę mi pomogło. Bo może nie miałam swoich brwi, ale tego nie było widać. Łatwiej było mi je później rysować. I to też podpowiedziała mi dziewczyna z Instagrama. Podobnie z rzęsami. Jak zaczęły mi wypadać, poszłam do drogerii i kupiłam eyeliner. Nigdy wcześniej nie umiałam robić kresek, ale wtedy postanowiłam, że się nauczę. Odpaliłam Youtube i śledziłam tutoriale. Jak jechałam do Instytutu moje koleżanki były zdziwione, że nie wypadły mi brwi i rzęsy. Im też mówiłam, co mogą zrobić, żeby czuć się lepiej. Takie małe rzeczy naprawdę pozwalały mi czuć się pewniej i walczyć. Gdy patrzyłam na siebie w lustrze umalowaną, bez sińców pod oczami, z tymi namalowanymi brwiami i kreskami, czułam, że wygram z tym rakiem.

Moja najmłodsza siostra powiedziała mi, a była ze mną raz na chemii: „Wiesz, Kaja, po Tobie w ogóle nie widać, żebyś Ty była chora. Latasz po tym Instytucie do innych dziewczyn. Uśmiechasz się i jesteś pełna energii. My tam spędzałyśmy po 6-8 godzin. Najpierw musiałam pójść na oddanie krwi, później czekać na wyniki, dopiero z nimi do gabinetu onkologa i jeśli on wyraził zgodę, bo badania były w porządku, szłam na chemię. Sama chemia trwała około 3 godzin.

Też nie oszukujmy się, nie zawsze było kolorowo. Po czerwonej chemii dochodziłam do siebie 5 dni. Po białej następnego dnia mogłam już wyjść z domu do mamy, czułam się bardzo dobrze. Ale jak już przyszła sobota, zawsze przechodziłam załamanie. W soboty nie wychodziłam z łóżka. Potrafiłam cały dzień przepłakać. W soboty patrzyłam w lustro i nie mogłam pogodzić się z tym, co ten rak ze mną zrobił. I był taki dzień, kiedy nie odbierałam telefonu od mojej mamy, moich sióstr. One już wtedy wiedziały, że jest źle, bo ja zawsze odbieram. Dopiero wieczorem wysłałam wiadomość do jednej z sióstr z moim zdjęciem, pod którym napisałam: „Zobacz, co ta choroba ze mną zrobiła. Wyglądam jak mały potworek”. Ale w niedzielę wstawałam z zupełnie innym nastawieniem. Brałam się w garść i byłam już w trybie walki. Wiedziałam, że jak się podmaluję, będę  to wszystko znosiła lepiej. Nie będę aż tak widziała tej choroby.

Były takie momenty, kiedy budząc się rano, nie mogłam patrzeć na mojego partnera. Wstydziłam się, bo nie czułam się kobieco. A on widząc to mówił: „Karolina, przestań, spójrz mi w oczy!”, a ja mu odpowiadałam: „Nie potrafię”. Zawsze mnie uspokajał, mówił, że to jest tylko chwilowe. To było naprawdę niesamowite. Niesamowite było to, jak on mnie wspierał i jak wspierała mnie rodzina.

W tej chorobie najważniejsza jest głowa. Trzeba myśleć pozytywnie! Ale też wsparcie. Bez tego się nie da.

Miałaś psychologa?

Nie. Dużo osób mi polecało, ale wtedy pomyślałam sobie, że ja mam z kim porozmawiać i mam świetne wsparcie. I to mi wystarcza. Czasem nawet myślałam, że jeśli nie dla siebie, to muszę wyzdrowieć dla nich – dla tych wszystkich ludzi, którzy mnie wspierają i we mnie wierzą.

Mówisz o rodzinie, o partnerze, a jak do Twojej choroby podeszli inni? Co z pracą?

To wsparcie było niesamowite. Ludzie w pracy też zachowali się wspaniale. Tuż przed nowotworem rzadko chorowałam i praktycznie nigdy nie chodziłam na zwolnienia lekarskie. Czasem na 3, 4 dni i to zazwyczaj oni mnie wyganiali do lekarza, gdy naprawdę choroba dawała mi się we znaki. A kiedy zachorowałam na nowotwór nie było mnie rok. I wsparcie z ich strony było niesamowite. Członek zarządu zrobił mi ogórki kiszone, bo wiedział, że są zdrowe. W pracy kumpela zorganizowała składkę, z której kupili mi koc i stolik do pokoju, żebym miała bliżej po kawę czy herbatę. Mój dyrektor przyjechał, żeby mi ten stolik złożyć. I czasem tak sobie myślę: „Boże, dziękuję Ci za tych ludzi, których mam wokół, bo to wsparcie jest niesamowite”.

Czasem miałam wrażenie, że w pracy mają dyżury telefonów do mnie. Zawsze dzwonili, żeby spytać jak się czuję. I pewnego dnia zadzwonił do mnie kumpel i powiedział, że ludzie w pracy zaczęli pytać, co się ze mną dzieje, bo długo mnie nie ma. I wtedy powiedziałam mu: „Mów, bo to może pomóc innym. Jeśli o mojej chorobie dowie się jakaś kobieta, to może pójdzie się zbadać”. Po jakimś czasie zadzwoniła do mnie koleżanka i powiedziała, że faktycznie tak było. Wiele kobiet poszło na badania, zrobiło USG piersi. Kilka z nich podziękowało, że moja historia skłoniła je do badań. Te badania są ważne. Wykrycie choroby na wczesnym etapie jest ważne. Może gdybym ja ich nie odwlekała, gdybym od razu poszła na badania po tym jak mój partner wyczuł guza, może mogłabym uniknąć chemii. Przez strach zupełnie niepotrzebnie to przeciągnęłam.

Gdy mówiłaś o swoich włosach, powiedziałaś, że bałaś się, że kiedyś je stracisz. Przeczuwałaś, że możesz zachorować na nowotwór?

W rodzinie od strony taty wszystkie kobiety chorowały na nowotwór – rak piersi, rak jajnika, rak trzustki i wątroby. Od małego byłam w świecie nowotworów. Gdzieś z tyłu głowy miałam, że kiedyś to i mnie spotka.

Czy po takich doświadczeniach można powiedzieć, że byłaś przygotowana na diagnozę? Można się na nią przygotować?

Nie da się. Nigdy nie da się być na to przygotowanym. Czasem się zastanawiam, czy takimi myślami sama nie wywołałam tej choroby.

Przeszłaś mastektomię?

Tak.

To było przed czy po chemioterapii?

Po chemioterapii. Tylko to też nie było takie proste. Po chemioterapii Instytut Onkologii przeprowadził badania na obecność genu BRCA1 i 2. Zrobiłam też badania prywatnie. Z badań Instytutu wynikało, że u mnie ten gen nie występuje. I poszłam na wizytę do onkolog z mamą. Mama była na każdej mojej wizycie. Uprzedziłam też o tym wcześniej lekarza prowadzącego. Odkąd zachorowałam mama zawsze chodziła ze mną na wizyty. Śmiałam się z nią, że jestem teraz jak duże dziecko. Ja po prostu jak się denerwuję, nic później nie pamiętam. Mama pamiętała wszystko. Na tej wizycie usłyszałyśmy, że genu nie ma. Popłakałyśmy się. Byłam przeszczęśliwa, bo dla mnie to oznaczało operację oszczędzającą. Wycięto wtedy pozostałości po guzie. Guza już wtedy nie było, bo chemia go wyniszczyła. W marcu skończyłam chemię, a w kwietniu miałam operację oszczędzającą. Po dwóch tygodniach dostałam telefon z Instytutu, że okazało się, że gen jednak jest. Próbkę oddano do kolejnego badania, która wykazała, że mam gen BRCA1. Musiałam przejść drugą operację, czyli podwójną mastektomię z rekonstrukcją.

Jak czułaś się z myślą, że stracisz swoje piersi?

Przyjęłam to lepiej niż informację o utracie włosów, ale wydaje mi się, że dlatego, że miałam wykonaną od razu rekonstrukcję. Oczywiście też płakałam. To nie było łatwe. Jednak gdy spotkałam się z moim chirurgiem, który musiał przed operacją wymierzyć piersi i dobrać implanty, powiedziałam mu: „Panie doktorze, niech będą największe jak to tylko możliwe”. Niestety przy mojej budowie ciała dużo nie ugrałam. (śmiech) Ustaliliśmy, że muszą być ładne, bo ja ze swoich piersi zawsze byłam zadowolona. I teraz tym bardziej chciałam, by były ładne. Ale też trudno powiedzieć, jakbym to przyjęła, gdybym miała inną odmianę nowotworu. Miałam kumpelę, która pprzeszła mastektomię jednej piersi i jej typ raka i program leczenia pozwala na zrobienie rekonstrukcji dopiero po 3 latach. Młoda dziewczyna, młodsza ode mnie. Matka dwójki dzieci.

Dziś mogę powiedzieć śmiało, że podziwiam kobiety, które powiększają sobie piersi, bo to naprawdę nic fajnego. Oczywiście nie zrównuję jednego do drugiego. Ja musiałam nosić dreny przez dwa tygodnie. Musiałam jeździć do Instytutu na kontrole, miałam radioterapię po operacji ze względu na przerzuty do węzłów chłonnych. Ta jedna pierś ciągle jest narażona na ból.

I znów wracając do pytania. Nie przeżyłam tak bardzo utraty swoich piersi jak informacji o tym, że mam gen BRCA1 i mogę mieć w przyszłości wznowę. To ciągle nie są moje piersi, ale ja je mam. Nie doświadczyłam ich czasowej utraty. Na pewno ta kobiecość została mi odebrana w większym stopniu przez utratę włosów.

Jak długo trwała Twoja walka z rakiem?

2 lata. W kwietniu 2021 roku mój partner wyczuł guza, w lipcu zrobiłam USG, w sierpniu biopsję. Przez cały wrzesień musiałam przejść wszystkie badania w Instytucie. 6 października podano mi pierwszą chemię. Chemię przyjmowałam do marca. Przedłużyło się to, bo dwa razy miałam złe wyniki i nie podano mi wlewów. Pamiętam też, że na początku moja onkolog powiedziała mi, żebym nie stosowała żadnej diety. Miałam się odżywiać tak, by mieć siłę na walkę z rakiem, na chemioterapię. Powiedziała, że nic się nie stanie jak raz na jakiś czas wypiję lampkę wina. Miałam po prostu czuć się ze sobą dobrze i mieć siłę na leczenie. A przecież na początku wszyscy namawiali mnie do diety. Dostałam kilka książek.

Co do książek to też mój partner znalazł jedną, którą napisała dziewczyna z dokładnie tym samym typem nowotworu, który miałam ja „Trojanki. Dziesięć prywatnych rad dla początkujących w chemioterapii potrójnie ujemnego raka piersi.”. Przeczytałam ją jednym tchem. Ona zawierała wszystko to, co miało się ze mną zadziać.

Pamiętasz ten moment, kiedy usłyszałaś, że jest już wszystko ok i że jesteś zdrowa?

Całkowicie nie można się z raka wyleczyć. On zawsze jest z tyłu głowy. Zwłaszcza z genem BRCA1. Cały czas myślę o tym, że to może wrócić np. w postaci raka jajnika. Staram się jednak odpychać te myśli i „nie wywoływać wilka z lasu”. Teraz badam się regularnie i myślę pozytywnie. Wiem, że z czasem będę musiała zrobić drugą operację – usunięcie jajników i jajowodów. Ale chciałabym jeszcze urodzić dziecko.

Natomiast w opinii lekarzy ja już jestem zdrowa, co słyszę cały czas. Nie dostaję żadnych leków, nie dostaję kwasów, które przyjmują inne dziewczyny z innymi typami nowotworów. Jeśli przeszłam mastektomię z rekonstrukcją, to dla lekarzy mojego nowotworu już nie ma. Został tylko gen. Poza tym wszystko wróciło do normy.

Czasem boli mnie lewa pierś. Radioterapia wpłynęła jednak na nią mimo mastektomii. Te blizny przypominają mi o chorobie. Wiem, że jestem zdrowa, ale z tyłu głowy ciągle się boję, że to wróci.

Wspomniałaś o dziecku. Czy po tym leczeniu ciągle możesz zostać mamą?

Tak. Pytanie o to, czy mam dzieci, padło od lekarza na pierwszej wizycie, gdy planowaliśmy leczenie. Powiedział mi wtedy, co mogę zrobić, by zabezpieczyć swoje jajniki przed chemią. Zamroziłam też swoje jajeczka. W trakcie chemii brałam zastrzyk, który miał ochronić moje jajniki. Wstrzykiwałam go przez cały okres chemii. Później usłyszałam, że jednak był zbędny. W trakcie chemii przeszłam w pewnym sensie przekwitanie. Zatrzymało mi się miesiączkowanie. To wszystko wróciło po chorobie. Ale później zrobiłam sobie test rezerwy jajników i wiem, że na dzieci mam mało czasu. Do 40. roku życia powinnam zajść w ciążę i urodzić dziecko, bo muszę jeszcze przejść operację usunięcia jajników i jajowodów. Ta presja czasu jest dla mnie bardzo trudna. Z jednej strony bardzo chciałabym mieć dziecko, z drugiej strony boję się konsekwencji posiadania genu. Zupełnie inną rzeczą jest to, czy ja będę mogła zostać mamą. Czy to mi się uda…

I to jest właśnie to ciągle pojawiające się pytania w mojej głowie, które zadałam na samym początku mojej mamie: „Dlaczego akurat teraz? Dlaczego zachorowałam, gdy wróciłam do Żyrardowa i miałam zacząć życie na nowo?”. Ja wiem, że nie ma dobrego czasu na to, by zachorować. Moja mama powiedziała mi wtedy: „Widocznie tak musiało być. Musiałaś tu do nas wrócić, żebyśmy razem mogli to przejść”. Na nowotwór nie choruje tylko jedna osoba, ale cała rodzina, wszyscy najbliżsi. Bardzo przeżywałam, że choroba spotkała mnie i mojego partnera na tak wczesnym etapie związku. I moja mama powiedziała mi, że to na pewno będzie dla nas duży test, który nas wzmocni. No i zdaliśmy ten test.

Co wyciągnęłaś dla siebie z tego doświadczenia? Mówi się, że przecież nawet te najdotkliwsze wydarzenia w naszym życiu maja nas czegoś uczyć.

Zawsze byłam osobą, która bardzo się wszystkim przejmowała. Trochę mi jeszcze tego zostało. Dziś jednak potrafię sobie powiedzieć, że ten stres mi do niczego nie jest potrzebny, a wręcz wpływa na rozwój chorób. Wiem, że na pewno warto się badać regularnie. Wcześniej tego nie robiłam. Wszystko było ważniejsze. A teraz wiem, że trzeba na badania znaleźć czas. I też dlatego rozmawiamy. Chcę, by moja historia była przestrogą dla innych kobiet, żeby się badały. I jeśli w rodzinie występują nowotwory, to koniecznie należy zrobić badania genetyczne. Wydaje mi się jednak, że skoro to lekcja, to daję sobie za nią 5+. Ten nowotwór zawsze był u nas w rodzinie. Moja ciocia, Lucynka Korycka, założyła żyrardowskie Amazonki. Była super kobietą, niesamowicie twardą babką. Wydaje mi się, że pomoc innym kobietom dodawała jej siły. Jej córka niestety też zachorowała. Zmarła jeszcze przed ciocią. A ciocia Lucynka pozostawiła po sobie Amazonki i książkę „Zapisane w gwiazdach czy w genach”. I kiedy nieraz o tym myślę, to może mi też kiedyś uda się napisać książkę i zostawić swoją historię ku przestrodze.

Back to top button
Skip to content