KulturaWywiadŻyrardów

Rozmowa z Maciejem Szajkowskim z Kapeli ze Wsi Warszawa

„Bielnik po robocie” to wydarzenie, które przyciąga nie tylko wielbicieli dobrego jedzenia i muzyki, ale również ciekawych artystów. W tym roku w związku z dużą skalą imprezy, mieszkańcy Żyrardowa mogli również wysłuchać muzyki Kapeli ze Wsi Warszawa, która była gwiazdą wieczoru. O ich podejściu do muzyki i sposobach na trudy pandemii rozmawialiśmy z Maciejem Szajkowskim, założycielem zespołu.

 

To nie pierwszy raz, kiedy Kapela ze Wsi Warszawa przyjeżdża do Żyrardowa. Właściwie można nawet powiedzieć, że jako zespół z napiętym harmonogramem koncertów, jesteście u nas często. Ostatni raz byliście w 2019 roku podczas „Święta Lnu”.

Tak i bardzo się z tego cieszę, bo odkrywam Żyrardów za każdym razem. Powiem bez kokieterii, że jestem zafascynowany Żyrardowem. Zrobiłem sobie dwugodzinny spacer. Przeszedłem przez park do tężni. Później poszedłem w stronę centrum i pętelką odnalazłem się ponownie w postindustrialnym Bielniku. I szczerze mówiąc, pamiętając Żyrardów sprzed 20 lat, jako taki trochę Bronx, to zmienił się bardzo, rozwija się. I ta tkanka miejska dawnego Żyrardowa wydaje mi się być zachowana, a przynajmniej pozostaje w uwadze włodarzy. Te przepiękne, starodawne, ceglane budynki lepiej niech poczekają na swój lepszy czas niż miano by je wyburzać. Tak jak wielokrotnie się to dzieje w Warszawie, bo przecież tam ostały się tylko jakieś pojedyncze kamienice. Tu ta tkanka miejska jest zachowana w dużo lepszym stanie. Jest zachwycająca i inspirująca. To przywołuje dawny czas świetności tego miasta. Być może właśnie w tych budynkach widać, jak postępuje renesans Żyrardowa. Za to trzymam kciuki, bo bardzo bym nie chciał, by to miasto stało się kolejną sypialnią Warszawy jak Kobyłka, Wołomin czy Piaseczno. Miasto musi mieć pełną autonomię i niezależność, a może to zrobić, korzystając ze swojego potencjału. Te wartości kulturowo – historyczne z pewnością pozwolą mieszkańcom na podtrzymanie swojej podmiotowości W ogóle ten park i jego starodrzew są imponujące. I ta rzeka ma wspaniałą nazwę.

Pisia Gągolina.

Pisia. Mógłbym tam wskoczyć i zanurzyć się po czubek nosa.

Faktycznie mógłby to być skok jedynie po czubek nosa. Pisia nie należy do najgłębszych rzek.

Te tereny naprawdę są świetne. Wiem, że tu po sąsiedzku rezyduje Justyna Steczkowska. Ona chyba właśnie miała intuicję, żeby tu się osiedlić. To otulina Puszczy Bolimowskiej, Mszczonów i jego wody termalne. Kiedyś Sławek Gołaszewski, nieodżałowany filozof, poeta i wirujący derwisz słowiański powiedział, że tam, gdzie są źródła, tam są dobre energie i moc, tam jest potencjał. W Żyrardowie tak właśnie jest. Czuję, że niedługo przyjdzie ten czas, że Żyrardów może stać się ekskluzywną miejscówką na mapie Polski. Wydaje się, że prezydent tego miasta musi mieć na uwadze, że im więcej uda się tu odtworzyć tej dawnej tkanki, tym większą szansę będzie miał Żyrardów, by stać się perłą w koronie Mazowsza.

O samych walorach miasta wydaje mi się, że wiele osób mogłoby mówić bez końca, bo faktycznie jest to miejsce z duszą. Miasto to również ludzie, dlatego jestem ciekawa, jak czujecie się odbierani przez żyrardowską publiczność. Chętnie tu wracacie?

Bardzo chętnie. Wracamy do Żyrardowa z kilku powodów. Po pierwsze nie mamy tu daleko, po drugie już jest swobodnie i bez spinki, a w dodatku w otoczeniu tej bajecznej architektury, czujemy się tak, jakbyśmy mimo niewielkiej odległości, trafili w nieco inny wymiar. Pamiętamy przychylność żyrardowskiej publiczności i duże zainteresowanie zespołem. 2 lata temu graliśmy też w innym miejscu, chyba na głównym placu miasta. Zawsze miło przyjeżdża się do Żyrardowa. Wiem też, że przyjeżdża mnóstwo naszych znajomych, którzy w Żyrardowie i okolicach się osiedlili, a którzy uciekają z Warszawy lub Łodzi. Sporo ludzi z Łodzi tu znajduje swój azyl.

Przez samą zabudowę miasta ciągle mogą czuć się, jak u siebie. Architektura tych miast nie różni się znacząco.

No tak. Wspólna historia włókiennictwa. Żyrardów jest fascynujący i wśród miasteczek regionu wydaje mi się najciekawszy. Po prostu dobrze się tu czuję. Dałem się ponieść atmosferze tego miasta.

Wasza muzyka równie dobrze niesie się po mieście.

To muzyka Mazowsza, więc Żyrardów leżący na pograniczu Mazowsza, ziemi łódzkiej, łowickiej i opoczyńskiej to taki ogromny tygiel, który przede wszystkim charakteryzuje muzyka skrzypcowa, diabelscy skrzypkowie, guślarze, barabany, bębny obręczowe i basy. Wydaje mi się, że ludzie czują to genetycznie, podświadomie.

Folk jest też od kilku lat modny. Czy zauważacie teraz rodzący się trend powrotu do mitologii słowiańskiej? To właśnie te ludowe wierzenia, tradycja słowiańska bardzo mocno wyczuwalne są w waszej twórczości.

Inspirujemy się mitologią słowiańską, szukamy w niej dawnych przekazów. Założyłem nawet zespół Lelek – odwołujący się do naszego panteonu i kosmologii. Staramy się do tego zachęcać naszych słuchaczy, by dzięki naszej muzyce sami zaczęli poszukiwać. Wydaje mi się, że folk nie jest tylko tymczasową modą. On po prostu wypracował i wywalczył, często łokciami, swoją pozycję na scenie i w kulturze. W latach 90. to była garstka zapaleńców, raptem ok. 100 osób w skali czterdziestomilionowego społeczeństwa. To były ekipy z Poznania, Wrocławia, Krakowa, Trójmiasta i Warszawy, a przede wszystkim z Lublina, studenci związani ze środowiskiem Orkiestry Św. Mikołaja. To oni stworzyli podwaliny folkowej sceny muzycznej, która już później bardzo się rozwinęła i eksplodowała dziesiątkami zespołów. To efekt bardzo konsekwentnej pracy organicznej. Coraz więcej zespołów odwołuje się też do rodzimej kultury. To widać nie tylko w muzyce, ale również w architekturze, sztuce, designie. Nawet popkultura czerpie garściami z różnych etnosów. To cieszy, bo stanowi o naszej unikalności, a jednocześnie odwołuje się do naszego języka i kodu genetycznego. Niestety zostało nam mało artefaktów, ale szczęśliwie mamy mnóstwo przekazów, które ciągle są żywe w kulturze ludowej, więc to właśnie do niej się odnosimy. Oczywiście każdy ma prawo do własnej interpretacji, ale to jest też obowiązek każdego twórcy, by nie być jedynie odtwórcą, ale przede wszystkim tworzyć. Jak powiedział Jacek Hałas: „nie interesuje mnie rekonstrukcja, tylko konstrukcja”. I nas też interesują konstrukcje, nowe przekazy oparte o źródła, symbole i nowe znaczenia, które im przypisujemy. Marzy nam się, żeby inspirować ludzi tą kulturą.

Kapela potrafi inspirować, ale też poszerzać horyzonty i muzyczną świadomość. Dziś przyjechaliście w poniekąd poszerzonym składzie.

Tak, to wielkie święto muzyki. Przyjechali z nami mistrzowie muzyki ludowej – Maria Siwiec, Henryk Gwiazda i Kapela Niwińskich. To właśnie przykład najzacniejszych ambasadorów muzyki kultury dawnej, korzennej, którzy wchodzą w interakcje z kolejnymi pokoleniami. Wydaje mi się, że to bardzo ciekawa propozycja nie tylko na skalę Polski, ale i świata.

Koncert podczas „Bielnika po robocie” odbywa się w ramach „Mazowieckiego Szlaku Tradycji”. Na czym polega ten projekt?

W ramach „Mazowieckiego Szlaku Tradycji” z inicjatywy Urzędu Marszałkowskiego Województwa Mazowieckiego, stworzono nam fantastyczne możliwości do realizacji działań na niwie muzyki i spotkań pokoleniowych, twórców ludowych z młodymi adeptami, których wprowadzamy w przestrzenie, w których ta muzyka zwykle nie wybrzmiewała. To nie są przeglądy folklorystyczne czy dożynki ani festiwale. To najczęściej miasteczka, a zdarzają się również imprezy wielkomiejskie. To ciekawe zdarzenia, co choćby można było zaobserwować w Żyrardowie, z muzyką współczesną, popularną, rockową. Udowadniamy, że przy ambitnym projekcie, nie jesteśmy skazani na niszę i muzyka etniczna potrafi świetnie funkcjonować w dużych przestrzeniach festiwalowych. Szczerze mówiąc, nie wiedziałem, czy się tego doczekam. W Polsce od lat to się nie działo. Wydaje mi się, że wiązało się to z kompleksami i wykluczeniem.

Może to wynikało z naszej historii, która kazała nam udowadniać, że jesteśmy bardziej zachodni.

To na pewno. Papugą narodów byliśmy i w jakimś stopniu dalej jesteśmy. Choć widać dużą zmianę. Tylko z drugiej strony, żeby nie prowadziło to do jakiejś megalomani czy nacjonalizmu. Muzyka polska jest transgraniczna. Jest wypadkową różnych kultur. W ramach Mazowsza bardzo wyraźny jest wpływ muzyki żydowskiej, cygańskiej, a nawet bliskowschodniej. Inaczej grało się i śpiewało w ramach dzielnicy mazowieckiej na Kurpiach, Łowickim, Skierniewickim, Rawskim, Płockim, Leśnym czy Polnym Mazowszu. Tańce odznaczały się znaczną wariantywnością melodyczną i rytmiczną. Warto też pamiętać, że przed wojną w Polsce mieszkało wiele mniejszości etnicznych, religijnych i narodowych, były miasteczka np. w 80 proc. zamieszkałe przez Żydów. To miało gigantyczny wpływ na muzykę. Przecież muzyczny cech rzemieślniczy funkcjonował głównie w społecznościach żydowskich i cygańskich. Nasi przodkowie się tym inspirowali, słuchali, wywierało to na nich niemały wpływ. To widać w instrumentach wykorzystywanych w muzyce – np. barabany, czyli przerobione wojskowe bębny tureckie, które przyszły do nas ze Wschodu, bębny obręczowe z Azji Mniejszej, podobnie instrumenty smyczkowe. To wszystko do nas przywędrowało lub świadczy o wędrówkach Słowian. Tę wspaniałą mozaikę kultur i tradycji składających się na spuściznę mazowiecką staraliśmy się pokazać na naszym najnowszym albumie „Uwodzenie”.

Album „Uwodzenie” wydaliście w listopadzie 2020. Czy ta płyta była dla was sposobem na pandemię? Czym jest uwodzenie?

Pandemia odcisnęła duże piętno na wszystkich, na psychice ludzi na całym świecie. My w tym czasie staraliśmy się odpocząć. Zamknęliśmy się w swoich pracowniach i próbowaliśmy odnaleźć spokój wewnętrzny. Nie dając ponieść się fali strachu, psychozy i obrzydliwej propagandy. Oczywiście wielu z nas doświadczyło tej pandemii, choroby lub straty bliskich. Przede wszystkim doświadczyliśmy zaprogramowania świata w takich realiach, które do niedawna wydawały nam się literaturą fikcji. Mówię tu o Orwellu: „Folwarku zwierzęcym”, „Roku 1984” albo Huxley’u i jego „Nowym wspaniałym świecie”. Właśnie taki świat nam urządzono, na naszych oczach. I dla nas był to czas emigracji wewnętrznej. Nigdzie indziej nie mogliśmy wyemigrować, więc pozostała nam wędrówka w głąb samych siebie.

„Uwodzenie” to podróż w głąb siebie?

Tak, wydaje mi się, że właśnie taka ta płyta jest. Bardzo stonowana, kojąca. Mamy nadzieję, że daje naszym słuchaczom światło i inspiracje do podróży po malowniczym Urzeczu oraz dzięki temu odkryciu, sprzyja samopoznaniu. A jednocześnie skłania ku Matce Ziemi. Mówimy o szacunku i ochronie przyrody. Pokazujemy historię, która jeszcze bardziej skoncentrowana na regionie, odsłania inne jego pokłady i przestrzenie. Takie jest Urzecze, czyli urocza kraina ciągnąca się wzdłuż środkowej doliny Wisły. I wyprawy Wisłą bardzo nas zainspirowały. Jednocześnie pracując w duchu odnalezienia i poszanowania dzikiej przyrody, wypracowaliśmy sobie też taki model pracy „w czasie oblężenia”. Natura dała nam nieskończone inspiracje i nadzieję. Niestety ten babiloński system ciągle wije się jak węgorz, więc możliwe, że wiele jeszcze może się wydarzyć. Czekamy na przebłyski pozytywnych zmian.

Widziałam Wasz kalendarz imprez. Niesamowicie napięty. Czy ta chęć intensywnego koncertowania to konsekwencja lock downu?

Tak, jesteśmy niesamowicie wygłodniali koncertów i kontaktu z ludźmi. Chcielibyśmy utrzymać to tempo przynajmniej przez jakiś czas. Choć już straszą nas ponownym zamknięciem, ale wierzę, że strach ma wielkie oczy. Mam nadzieję, że jesień będzie spokojniejsza, niż nam się to prognozuje. Wszyscy jesteśmy żądni dobrych zmian, ale te zmiany możemy zacząć od nas samych, tzn. od zakwestionowania status quo, manipulacji i strachu, którymi jesteśmy poddawani. Czasem moglibyśmy wyłączyć telewizor, pokazać czerwoną kartkę politykom i skoncentrować się na autonomicznych przestrzeniach i swoich najbliższych, którzy pozwalają na tworzenie takiego mikroświata, w którym będziemy czuć się bezpieczni i spełnieni. Tak poza systemem. Coś, co było do tej pory hippisowską lub anarchiczną utopią, dziś jest koniecznością. Wszyscy czujemy się jak, króliki doświadczalne w mrocznym, globalnym eksperymencie. Dlatego w tej naszej, autonomicznej enklawie powinny przestać dominować antywartości, które były determinantą dotychczasowego świata: pieniądze, chciwość, zysk za wszelką cenę, hierarchia, przemoc, wykluczenia społeczne – z tego świata wyjdźmy. Żeby to się udało, konieczne jest zbudowanie autonomicznej alternatywy i rozpoczęcie procesu od samych siebie. Sam teraz staram się to praktykować i wierzę, że można wiele zmienić.

Jeśli jednak kolejny lock down jest przed nami i znów przez jesienno-zimowe miesiące będziemy siedzieć zamknięci w domach, będziecie pracować nad promocją „Uwodzenia” czy kolejną płytą?

Ja będę pracował nad innym projektem. Mam ważne zadanie na jesień tego roku i bardzo chciałbym je zrealizować, ale jeszcze nie chcę zdradzać żadnych konkretów. Kapela na pewno będzie chciała odpocząć po tych wszystkich aktywnościach na różnych płaszczyznach. Dostaliśmy jeszcze kilka niezależnych zaproszeń do współpracy od mniej lub bardziej znanych twórców, również np. od orkiestr. Natomiast jeśli nastąpi kolejne zamknięcie, to prawdopodobnie będziemy realizować już nie wewnętrzną emigrację, ale pokojowe formy oporu społecznego. Nie można zostawiać bez reakcji opresyjnych rozwiązań wpływający na naszą wolność. Oczywiście mówimy o ghandyjskiej drodze, bez przemocy.

 

Back to top button
Skip to content