Historia

Praca dzieci na przełomie XIX i XX wieku

Więcej informacji na stronie www.facebook.com/echozyrardowa/

Z duszącego dymu tysięcy kominów, przysłaniającego w bezwietrzne dni dachy nowo wybudowanych domów, kamienic i budynków fabrycznych oraz z nieustannego hałasu, który w tak wielu miastach i miasteczkach wydawały te przeróżne dziwne, skomplikowane i pracujące całymi dniami maszyny, powoli wyłaniał się współczesny nam świat.

Zbudowany został przez wielkich wizjonerów, jak i ambitnych głupców. Pomysły jednych, jak i drugich realizowane były jednak poprzez ciężką, często wręcz niewolniczą pracę zwykłych ludzi, chcących jedynie zapewnić sobie i swoim najbliższym lepsze warunki do życia. Te miliony bezimiennych kobiet, mężczyzn i tych, o których poświęceniu ciągle zbyt mało się wspomina – dzieci, od świtu do zmierzchu traciły swoje zdrowie pracą ponad siły. Szczególnie dotyczyło to tych najmłodszych, którzy nigdy nie zaznali smaku beztroskiego dzieciństwa…

Od dziecka człowiek musiał pracować na polu nienależącym do niego, ani jego rodziny, lub na jednej z mrocznych i zimnych hal fabrycznych. Często praca tych dzieci odbywała się w skrajnie niebezpiecznych warunkach. Pod tym względem, na wsi czy w rozrastających się miastach było podobnie. Różnica polegała jednak na tym, że pracując w fabryce można było zazwyczaj zarobić więcej, a wynagrodzenie otrzymywało się w gotówce. Dotyczyło to także najmłodszych. Na wsi zaś, pracując np. w folwarku, tylko część niewielkiego wynagrodzenia płacono w gotówce, a resztę w życie, jęczmieniu, pszenicy czy otrzymując w dzierżawę niewielki skrawek ziemi pod uprawę ziemniaków. Przez to życie na wsi od pokoleń wyglądało prawie tak samo, a zachodzące na niej zmiany, były ledwie zauważalne.

fot. Jedno z najwcześniejszych zachowanych zdjęć, wykonanych na terenie obecnego Żyrardowa. Tkalnia mechaniczna, lata 70. lub początek lat 80. XIX wieku.

W mieście czy osadzie fabrycznej, jeśli znalazło się pracę dla całej rodziny, zyskiwało się większe możliwości oraz zazwyczaj poprawiało się standard życia, choć oczywiście kosztem wielu początkowych wyrzeczeń. Zdobycie pewnej, całkiem dobrze płatnej pracy dla siebie, żony lub męża oraz np. dwójki dzieci, umożliwiało opłacenie dachu nad głową i zakup wyżywienia, a może nawet odłożenie jakiś pieniędzy na inne wydatki. Po latach zyskiwało się także dostęp do opieki medycznej, możliwość otrzymania nowego mieszkania w dopiero co wybudowanym domu robotniczym czy wysłania dzieci do jednej ze szkół fabrycznych. Przynajmniej dla niektórych, taka perspektywa pojawiła się w dawnym Królestwie Polskim, już po uwłaszczeniu chłopów w 1864 roku. Wówczas mieszkańcy wsi wraz ze swoimi dziećmi, tłumnie wyruszyli do miast i miasteczek, z nadzieją na nowy początek. I niektórym naprawdę się udało. Tak zwana druga rewolucja przemysłowa dotarła do ziem dawnego Królestwa Polskiego – fabryki się rozbudowywały, zwiększały zatrudnienie, szkoliły, a część z nich coraz lepiej dbała o swoich pracowników, dzięki którym fabrykanci przecież mogli zarabiać jeszcze więcej pieniędzy.

Niedługo po uruchomieniu Fabryki Wyrobów Lnianych w kolonii Żyrardów/Girardów w 1833 roku, zatrudnienie w niej było niewielkie i wynosiło około 200 osób, a zarobki robotników były wręcz fatalne. W ciągu ponad 20 pierwszych lat swojej działalności, liczba etatów w żyrardowskiej fabryce wzrosła zaledwie do około 500 i wśród pracowników większość stanowiły kobiety oraz dzieci. W ten sposób właściciele mogli płacić im mniej za tą samą pracę, niż mężczyznom. Dla najmłodszych przygotowywano nawet specjalne stołki, dzięki którym kilkuletni chłopcy i dziewczynki mogli w ogóle dosięgnąć do warsztatu. Inne dzieci w tym czasie nosiły szpule, lub pchały długim korytarzami wózki z różnymi półproduktami czy narzędziami. Jeszcze inne dzieci, szczególnie te mniejsze i sprytniejsze, były wykorzystywane do czyszczenia kominów na wysokości czy do przeciskania się w wąskich rurach i kanałach; wchodzenia w mrok, gdzie dorosły nie tylko by się nie zmieścił, ale w ogóle nie miałby odwagi wejść.

fot. Kilkuletni, nielegalnie zatrudnieni chłopcy pracujący w jednej z fabryk w mieście Macon w stanie Georgia w USA, rok 1909. Tak małe dzieci nie były wówczas zatrudniane w Zakładach Żyrardowskich, jednak kilkadziesiąt lat wcześniej podobny widok można było na co dzień zobaczyć także w żyrardowskiej fabryce.

Zarobki w Fabryce Wyrobów Lnianych wzrosły dopiero po przejęciu jej przez Karola Augusta Dittricha i Karola Teodora Hielle. Dalej zatrudniano dużo dzieci, choć nowi właściciele sprowadzili także z zagranicy znaczną liczbę dobrze opłacanych specjalistów. Odsetek pracujących kobiet i dzieci w żyrardowskiej fabryce zmniejszył się, choć nadal był znaczny i wynosił ponad 40%. Zatrudnienie wzrosło z 500 osób w 1857 roku do około 2000 w 1870 roku. Wówczas ruszyła kolejna rozbudowa żyrardowskiej fabryki i w ciągu kolejnych 10 lat w Zakładach Żyrardowskich znalazło zatrudnienie już prawie 6000 osób.

W Żyrardowie w wielu aspektach, na przykład w edukacji, było lepiej niż w innych osadach czy osiedlach fabrycznych znajdujących się w dawnym Królestwie Polskim. Na początku lat 80. XIX wieku, do pięciu żyrardowskich szkół uczęszczało 500 chłopców i dziewczynek, a do Ochronki (przedszkola) około tysiąca najmłodszych. Kilka lat później w Żyrardowie łącznie uczyło się już około 2800 dzieci, a w latach 90. XIX wieku aż 3500, z czego większość na koszt Zakładów Żyrardowskich Hielle & Dittrich. Mimo zdecydowanego wzrostu liczby dzieci objętych edukacją, wprowadzania kolejnych regulacji prawnych i, zdawałoby się, coraz lepszej sytuacji robotników, dalej kilkaset dzieci i małoletnich musiało codziennie rano wstawać do pracy w żyrardowskiej fabryce, wspierając tym samym niewielki budżet domowy swojej rodziny. Podobna sytuacja miała miejsce wówczas w tysiącach angielskich, niemieckich, francuskich, rosyjskich czy amerykańskich fabryk. Tak wyglądał cały ówczesny „cywilizowany” świat, oparty na pracy tych najsłabszych.

„Pięć lat dziecko kończyło, a już ojcowie do fabryki zabierali. Zima nie zima. O piątej rano już przy robocie. Spać się chciało dzieciakowi, ale gdzie tam. Nieprzytomnego wlekli do fabryki i dalej, noś szpulki, podawaj co tam trzeba. Zimą śniegi po pas, dzieciaki płaczą, a tu nic, tylko dymaj bratku, ze starymi. Nosili nas na rękach, bośmy oczu otworzyć nie mogli i przez śniegi po ciemku nie bylibyśmy się przekopali. Uciec do domu nie sposób, bo i drogi z tych sal się nie znało, a jeśli się dzieciak zabłąkał na inną salę, to dostał lanie od ojca. Jeszcze wielkie szczęście, gdy się znalazło jaki kącik i można było pospać chociaż chwilę. Wiele to się namarnowało tych biednych dzieci! Chore, nie chore, wszystko jedno, noś szpulki i po krzyku”.

Pisząc te słowa w latach 30. XX wieku, Paweł Hulka-Laskowski sięgał pamięcią 50 lat wstecz, do drugiej połowy lat 80. XIX wieku i czasów swojego dzieciństwa. Wówczas na terenie dawnego Królestwa Polskiego sytuacja pracujących dzieci stopniowo zaczęła ulegać poprawie, wraz z ustawą o pracy małoletnich i jej późniejszymi poprawkami, przyjętą w 1882 roku w Rosji. Wprowadzono wówczas zakaz zatrudniania dzieci do 12 roku życia, a małoletni od 12 do 15 roku życia musieli pracować krócej, niż ich starsi koledzy i koleżanki. Władze w Petersburgu naśladowały w ten sposób inne państwa europejskie, które podobne regulacje wprowadziły u siebie już wiele lat wcześniej. Mimo to i tak w tych państwach najmłodsi dalej masowo pracowali, tylko teraz nielegalnie, poza oficjalnymi rejestrami. Dzięki łapówkom dla odpowiednich urzędników, przymykano oczy na setki dzieci poniżej wskazanego w przepisach wieku, wypełniających najróżniejsze hale fabryczne. Trzeba pamiętać jednak, że zdecydowanej większości tych małoletnich pracowników, bardzo zależało na tej pracy, tak samo jak ich rodzinom.

fot. Małoletni pracownicy Zakładów Żyrardowskich – personel napychaczy, rok 1907.

W Żyrardowie prócz inwestycji w edukację, Karol Dittrich (junior) opłacił wielu dzieciom pracowników żyrardowskiej fabryki studia, jak w przypadku Pawła Hulki-Laskowskiego czy dzieci Józefa Procnera. Systematycznie zmniejszano też zatrudnienie najmłodszych. Według oficjalnych informacji, sporządzonych przez Inspektora Fabrycznego Okręgu Warszawskiego A. M. Blumenfelda, w 1885 roku w Zakładach Żyrardowskich pracowało 373 dzieci do 14 roku życia, w tym 168 chłopców i 205 dziewczynek. W 1891 roku małoletni chłopcy do 14 roku życia zarabiali średnio w żyrardowskiej fabryce 2.1 rubla tygodniowo (na akord około 2.5 rubla), małoletnie dziewczynki do 14 roku życia 1.8 rubla tygodniowo (na akord około 2.3 rubla), przy średnich zarobkach kobiet wynoszących około 2.5 rubla tygodniowo (na akord 3 ruble) i mężczyzn – prawie 4 rubli (na akord 4.5 rubli). Wobec takich różnic w płacach, nagminnie dopuszczano się praktyki zwalniania pracowników po ukończeniu odpowiedniego wieku, by nie płacić im większych pieniędzy. Zostawiano wtedy tylko tych najbardziej wartościowych pracowników, a na miejsce zbyt „starych”, zatrudniano młodszych.

W kolejnych latach liczba pracujących dzieci poniżej 15 roku życia w Zakładach Żyrardowskich Hielle & Dittrich dalej malała i na koniec XIX wieku wieku (według oficjalnych wykazów) wynosiła 50 dzieci w wieku 12-14 lat. Tak też pozostało do wybuchu I wojny światowej. Prawdopodobnie drugie tyle dzieci było natomiast zatrudnionych nielegalnie, najczęściej na prośbę swoich rodziców. Część z tych dzieci była z kolei sierotami, dla których praca dawała po prostu możliwość przeżycia i niewylądowania na ulicy. Jeszcze wiele lat musiało upłynąć by „cywilizowany” świat zrezygnował z pracy najmłodszych, które w końcu zyskały poczucie bezpieczeństwa i prawdziwe dzieciństwo. Niestety tylko w bogatszych częściach tego „cywilizowanego” świata. W biedniejszych regionach, nadal około 250 milionów dzieci pomiędzy 5 a 17 rokiem życia, codziennie rano rozpoczyna kolejny dzień pracy…

 

Mateusz Waśkowski

Więcej informacji można znaleźć na stronie Echo Żyrardowa.

Back to top button
Skip to content